30 lat kończę w tym roku….

30 lat kończę w tym roku….

30 lat kończę w tym roku. Postanowiłem znaleźć sobie kobietę, taką na dobre i na złe. Miałem już kilka dziewczyn, ale wszystkie bardzo szybko okazywały się osobami pustymi, bez pasji czy zainteresowań. Żadna nie wnosiła do związku niczego oprócz seksu, a sam seks to za mało aby zbudować trwałą relację.

tl;dr

pokaż spoiler #rozowepaski #oszukujo w #tinder – uważajcie

Mieszkam we wsi, gdzie wszyscy się znają, a wszystkie dziewczyny są zajęte lub za młode. Trzeba szukać gdzieś dalej. Instaluję #tinder. Oglądam zdjęcia i czytam opisy dziewczyn z okolicy. Jedne przesuwam w lewo, inne w prawo.

Nazajutrz okazuje się, że sparowało mnie z taką jedną Anią [imię zmienione]. Napisała pierwsza:

– Hej!

Z wyglądu – szara myszka. Opis – tu lepiej być nie mogło! Zainteresowania co do joty takie same jak moje: filmy, muzyka, podróże. Kuję żelazo póki gorące. Z marszu umawiam się na kameralny maraton filmowy, który za trzy godziny zaczyna się w Wejherowie. Nie pojechałbym sam, bo widziałem już te filmy, ale randka to randka.

Niecałą godzinę przed planowanym spotkaniem dzwoni Ania. Mówi, że uciekł jej autobus, a następnym nie zdąży i czy mógłbym po nią przyjechać. Nie ma problemu, Ania mieszka w Sopieszynie, to po drodze.

Jadę po Anię, pełen dobrych myśli. Filmy, muzyka, podróże. Może Ania gra na czymś? Może będzie można pograć we dwoje? A może śpiewa? – rozmarzyłem się.

Sopieszyno. Witam się z Anią. Jest rozpromieniona. Sprawia wrażenie osoby otwartej i śmiałej – patrzy prosto w oczy, uśmiecha się zalotnie. Zapowiada się cudowny dzień, a kto wie – może i noc. Ruszamy. Z odtwarzacza leci Coil. Za nami twardo popiernicza jakiś koleś na motorze, więc zgłaśniam. Pytam Anię, jak jej się Coil podoba. Ania dyplomatycznie:

– A masz coś innego?

Gusta są różne, a ja jestem przygotowany. Naciskam „Eject”, krążek wysuwa się. Już miałem sięgnąć po składankę irlandzkiego folku, gdy mój sprzęt automatycznie przełączył się z CD na radio. Na Dwójce grają akurat „Taniec Anitry” Griega. Pytam, czy może być, Ania potwierdza. Zostawiam, rad, że krok po kroku odkrywam wrażliwość muzyczną Ani. Chyba lecieli całą suitę, bo następne poszło „W grocie Króla Gór”. Utwór genialny, choć wykonanie takie sobie, mam w domu lepsze. Tymczasem dojeżdżamy na miejsce.

Wchodzimy, siadamy, oglądamy. „Solaris” Tarkowskiego obejrzała bez entuzjazmu, a na „Rashomonie” Kurosawy – zasnęła! Może to reakcja na nadmiar wrażeń, a może po prostu jest niewyspana? No nic, spoglądam to na film, który znam na pamięć, to na moją śpiącą towarzyszkę, którą dopiero poznaję. Gdy tylko się przebudziła, zaproponowałem wyjście na kawę. Trafiłem w dziesiątkę, Ania ożywiła się na samą propozycję. Wychodzimy, biorę ją do mojej ulubionej kawiarni.

Siedzimy w „Insuli”. Z oldskulowych głośników leci jazz, na ścianach wiszą obrazy, a my pijemy kawę. Jest czas, by podzielić się wrażeniami. Tematu „Rashomonu” nie poruszam, bo zasnęła na samym początku. Obejrzymy ten majstersztyk kiedy indziej, u mnie, sami we dwoje.

Natomiast „Solaris”, jak stwierdziła Ania, zupełnie nie trafił do niej. Mówię, że nie jest osamotniona – w końcu sam Lem nie zostawił suchej nitki na tej ekranizacji, a i ja ten film traktuję raczej jako ciekawostkę niż jako arcydzieło kina, i bardzo się cieszę, że mogłem poznać Ani zdanie. A skoro jesteśmy przy s-f, to dla rozluźnienia rzucam kilka ciekawostek o „Odysei Kosmicznej 2001” Kubricka. Ania słucha. Uśmiecha się do mnie. I patrzy na mnie. Czuję, że daje mi zielone światło swoimi zielonymi oczętami.

Pytam ją, jakie filmy lubi. Odpowiada, że romantyczne. Oho – myślę – romantyczka mi się trafiła! Dobrze się składa. Według programu za niecałą godzinę grają „La stradę” Felliniego, może jej się spodobać.

Mój plan:

Posiedzimy tu, wypijemy jeszcze po kawie, wyczuję, czy „La strada” pasuje do Ani gustu. Jeżeli tak, to wyciągnę ją z powrotem na ten maraton (karnety mam wciąż w kieszeni).

A jeżeli Ania woli na przykład coś weselszego, albo może coś bardziej zmysłowego, to znajdę odpowiedni seans na następną randkę, choćby i w Krakowie, i pojedziemy. Proszę Anię o tytuły filmów, które szczególnie jej się podobają. Po chwili namysłu zaczyna wymieniać:

– Miłość aż po ślub (!)

– Wygrane marzenia (!!)

– Titanic (!!!)

O tych płytkich jak szalki Petriego produkcjach nie da się ciekawie rozmawiać. Szybko zmieniam temat.

Z kawiarnianych głośników akurat idą gitarowe popisy Pata Metheny’ego, z tego słynnego koncertu w St. Louis. Komentuję jego wirtuozerię. Mówię szybko. Zagaduję o progach, strojach, grubościach strun, bendach, hammer-onach, pull-offach i innych arkanach gitary, ale najwyraźniej gitara to nie jest Ani konik. Pytam, jaki jest jej ulubiony instrument. Ania dziwnie zmieszana, jakby nie wiedziała, co odpowiedzieć, ja też czuję jakiś niepokój, coś mnie dusi od środka. Coś jest nie tak. Z braku lepszego pomysłu zadaję bezpośrednie pytanie:

– Aniu, a jaką muzykę lubisz?

– Taką normalną.

Sami przyznacie, że to dziwna odpowiedź jak na kogoś, kto wymienił muzykę jako drugie zainteresowanie. Nieco zbity z pantałyku, dopytuję:

– Czyli na przykład jaką?

Spodziewam się, że Ania zacznie wymieniać gatunki, style, wykonawców, tytuły płyt, tymczasem ona:

– No na przykład taką, jak w Radiu Zet.

Zaciskam zęby i wargi, bo na usta cisną mi się słowa, których absolutnie nie należy używać w tak nasyconym kulturą miejscu, w dodatku przy kobiecie. Wstaję i idę do ubikacji, próbując na tym odcinku rozchodzić to zażenowanie, spotęgowane wspomnieniem tytułów hollywoodzkich übergniotów, które pusciłem mimo uszu, wyparłem, zamiotłem pod dywan, a teraz wróciły jak czkawka.

O Borze Tucholski!
Koneserka muzyki, która nawet nie umie sprecyzować, jaką muzykę lubi? Radio Zet?? „Titanic”??? No błagam… Już wolę „Plan 9 z Kosmosu” Eda Wooda, tam przynajmniej widać pasję robienia kina, a w „Titanicu” – pasję robienia pieniędzy na biletach. Nawet kontrasty między postaciami oparli na kasie i jej braku. Płycej się nie dało, mezalians to chyba najbardziej oklepane cliché wszechczasów.

W drodze powrotnej dyskretnie proszę obsługę o rachunek i od razu go opłacam.

Trochę ochłonąłem. Postanawiam trzymać fason do końca.

Dopijam swoją kawę, czekam aż Anka wypije swoją, gadam o nieistotnych rzeczach. O tym, że jakieś dwa ptaszki uwiły sobie gniazdko na drzewie, które rośnie koło mojego domu. O tym drzewie, że ma tyle samo lat co ja. Że jak byłem mały, to i ono było niewielkie, a teraz ma dorodne, prężne konary. Że można na nim usiąść, można po nim poskakać. Że soki w nim wzbierają i lada chwila eksploduje tysiącem kwiatów i liści. Anka znowu się na mnie gapi i suszy zęby, ale na mnie to już nie robi wrażenia.

Odwożę Ankę pod jej dom, udając, że wszystko jest w porządku. Dostaję buziaka w policzek na do widzenia i wreszcie wracam do domu, nie musząc już niczego udawać. Powietrze schodzi ze mnie jak z balonu.

Z tego wszystkiego nie porozmawiałem ani słowem o podróżach, ale to nieważne. Kogoś takiego jak ona na pewno nie wezmę ani w rejs na Wyspy Owcze, ani na wyprawę motocyklową na Kamczatkę.

#zalesie #zwiazki #przegryw #randkujzwykopem #podrywajzwykopem #logikarozowychpaskow #kino #film #muzyka #filmymuzykapodroze

Comments are closed.